21°C bezchmurnie

Podążał za głosem, trafił na misje

Od dziecka miał marzenia: o grze na instrumencie i szkole muzycznej, o malowaniu, o dalekich podróżach, zwłaszcza do dzikiej Ameryki, w której żył Winnetou. Ale to wszystko dominował Bóg. Uciekł przed nim do wojska. Gdy go wybrał, wszystkie marzenia spełniły się.

Dziś jeździ po Polsce i opowiada młodym ludziom o Bogu, dalekich krajach i przygodach. Opowiada o swojej misji wobec Panamy, w której spędził ostatnie lata, wobec Boga i wobec młodzieży, która chciałaby uczestniczyć w Światowych Dniach Młodzieży, ale wydaje jej się to nierealne. Tak jak kiedyś nierealne były jego marzenia. Pisze o tym na blogu www.misjapanama.pl, a także w książce „Misja Panama”, która może być dla młodych światełkiem w tunelu.

„Misja Panama” to książka cegiełka akcji „Bilet dla Brata 2.0”. Kupując ją za jedyne 15 zł przez internet lub kontaktując się z naszą redakcją, można wesprzeć wyjazd młodych Polaków na Światowe Dni Młodzieży do Panamy w 2019 roku. Ojciec Józef Gwóźdź, Werbista z Jagiełły Małej, związany od dziecka z kościołem parafialnym w Wólce Pełkińskiej, opowiada w niej o kraju, w którym przyszło mu żyć przez ostatnie lata, a który młodzi Polacy poznają już za rok, gdy przemierzą Ocean Atlantycki i Morze Karaibskie, by spotkać się z Ojcem Świętym Franciszkiem i rzeszą podobnych im młodych ludzi. Tak jak przed laty on, gdy stanął w Mexico City wśród młodych ludzi mówiących różnymi językami. Nie znał języka, kultury i tradycji tego kraju, ale powierzył swoją drogę Panu Bogu. Dziś jeździ po Polsce i opowiada, podobnie jak w książce – o Panamie, Nikaragui, Meksyku i swoim powołaniu, które na nowo odkrywa, gdy tylko Pan da mu jakiś znak.

Misjonarz do zadań specjalnych

„Powierz Panu swoją drogę i zaufaj Mu, a On sam będzie działał”. Do tej myśli doszedł po latach. Cytat z Pisma św. wybrał za swoje motto. Gdy jako nastolatek poczuł na Jasnej Górze podczas Światowych Dni Młodzieży, że Bóg go wzywa, postanowił uciekać. Przerwaną naukę w liceum w Kańczudze skończył zaocznie w Liceum Ogólnokształcącym im. Mikołaja Kopernika w Jarosławiu. – Pozdrawiam liceum i dziękuję za to, że było. Skończyłem później dwa uniwersytety, ale gdyby w tym czasie nie było na mojej drodze tej szkoły, moje życie mogło potoczyć się inaczej – mówi o. Józef. A to życie toczyło się krętymi ścieżkami. Jako nastolatek pracował na budowach, w przeworskiej cukrowni, uciekając przed powołaniem zwerbował się w szeregi funkcjonariuszy straży granicznej. Tu trafił do oddziału specjalnego. Służą w nim najlepsi i najtwardsi. Został więc powołany do zadań specjalnych. Ale, jak się okazało, nie w oddziałach straży granicznej. – Przyjechałem do rodzinnej miejscowości na wakacje. Przyjechał również mój starszy kolega Rysiek Kusy. Był w seminarium ojców Marianów. Rozmawialiśmy. On mi doradził, że jeśli chcę jechać na misje, to jest takie zgromadzenie ojców Werbistów. Dał mi adres. Napisałem tam. I pojechałem na rekolekcje. Wiedziałem wtedy, że chcę być misjonarzem, tam gdzie nie jest łatwo. Gdzie wysyłają te oddziały specjalne. Moje żołnierskie doświadczenie przydało się. Człowiek zostaje sam, w innej kulturze, na końcu świata i tam się dopiero zaczyna to zmaganie ze sobą. To nie jest tak, jak wygląda na zdjęciach – mówi i wspomina o swoim czasie wahania się. – Kilka momentów było takich. Jak nie dałem rady „zapracować ich”, gdzieś w garażu, przy spawaniu, przy budowie szkoły, jak w Nikaragui, to całymi nocami siedziałem przed Najświętszym Sakramentem. I doświadczałem obecności Pana Boga. Przychodzi taki moment, że to gdzieś odchodzi, i zaczyna się nowa przestrzeń, nowa relacja, nowa rzeczywistość, której nigdy nie doświadczyłem. Takie rzeczy się robi, że nawet książkę można napisać – śmieje się.

Querido Matias – spełnione marzenie z dzieciństwa

Wiedział, że to będzie Ameryka, nie Afryka czy Azja. Czytał o niej, poznawał ją z opowiadań starszych kolegów z seminarium, którzy już wyjeżdżali na trzyletnie praktyki. Zanim dobrze poznał Amerykę, przyszło mu opowiadać o niej innym. Młodzieży podczas koncertów zespołu kleryków Werbistów „Querido Matias”. Koncertowali po całej Polsce, czasami poza granicami: w Holandii, na Słowacji. Wówczas zrozumiał, że Pan Bóg zabiera coś, by dać więcej, a marzenia spełniają się, gdy najmniej się tego spodziewamy. W seminarium ogłoszono nabór do tego zespołu. – Odszedł basista. Zrezygnował z seminarium. Od dziecka miałem takie marzenie: grać na akordeonie i chodzić do szkoły muzycznej. Mama pracowała w szpitalu, ojciec na kolei w Przemyślu. Dziadkowie nas wychowywali. Miałem pięcioro rodzeństwa. Mama powiedziała, że nie ma takiej możliwości i ja to zrozumiałem. W ósmej klasie ktoś dał mi gitarę. Z urwanym mostkiem. Sam ją naprawiłem i sam się uczyłem akordów. I z tym doświadczeniem ruszyłem na przesłuchania. W ten sposób zostałem naczelnym basistą zespołu. Spełniło się moje marzenie z dzieciństwa. Koncertowaliśmy. Graliśmy muzykę latynoamerykańską. Jeździliśmy po Polsce i opowiadaliśmy, o czym mówią piosenki – wspomina. – Zespół założyli klerycy, którzy powrócili z praktyki. Tam grali z Indianami. Nauczyli się grać na charango, zamponie, quenach. A ja nauczyłem się na pamięć na tym basie. I co jest najpiękniejsze: że spełniło się moje marzenie z dzieciństwa – mówi ojciec Józef.

Kolejne zetknięcie z Ameryką nie było takie „zabawne”. Ojciec Józef, jako student, trafił na trzyletnią praktykę do Meksyku. – Mieszkałem w Mexico City, jednym z największych miast świata. Uniwersytet, na którym się uczyłem, miał trzysta tysięcy studentów. To pierwsze doświadczenie wielokulturowości. Spotkałem ludzi z całego świata. Sześć tygodni uczyliśmy się języka, cztery tygodnie to wakacje, podczas których trafialiśmy na misje, do Indian. Potem ponownie był kurs. Meksykanie są bardzo radosnym narodem. Poznałem ludzi, którzy pokazali mi meksykański świat – mówi ojciec Werbista.

Nauka malarstwa na rusztowaniu i kopie Kossaka

Pierwszy weekend w Ameryce Łacińskiej w Meksyku. Młody kleryk pomylił kolonialny zwyczaj Latynosów – quince años, co oznacza 15 lat, wejście w dorosłość ze ślubem. Przerażony patrzył jak starszy mężczyzna prowadzi piękną, młodziutką dziewczynę do ołtarza. To było pierwsze zderzenie z inną kulturą, innymi zwyczajami. – Później wakacje w wysokich górach, w indiańskich wioskach u Zapoteków, a potem Wielkanoc na pustyni, wśród kaktusów, które Indianie dodawali do wszystkiego. Była jajecznica z kaktusami, kurczak z kaktusami, zupa z kaktusów. I to było dobre – wspomina po latach. Po rocznej praktyce w Meksyku o. Józef wybrał Nikaraguę. – Z największego miasta trafiłem do dżungli, na końcu świata, bez naszej cywilizacji. To wioseczki rozciągnięte wzdłuż Rio San Juan (rzeki św. Jana – wyj. red.). Przez te tereny przeszła wojna domowa, bardzo dużo ludzi zginęło, a całe rodziny uciekły w niedostępne tereny, by przeżyć. Mieszkałem z nimi. Uczyłem się od nich. Pracowałem z dziećmi, z młodzieżą. Prowadziłem katechezę. Z jednej wioski do drugiej jechałem konno kilka dni – opowiada. Po święceniach w Polsce ponownie wrócił do Nikaragui. Tu miał okazję wykorzystać swoją inną pasję: – Gdy pytali mnie w dzieciństwie, co chciałbym dostać od Mikołaja, zawsze mówiłem: flamastry albo kredki. Lubiłem rysować. Był taki moment, gdy pojechałem na Kalwarię Pacławską i zobaczyłem obraz św. Franciszka namalowany farbami, widać było pociągnięcia pędzla. Pomyślałem: ciekawe czy ja bym to umiał namalować? Kupiłem farbki plakatówki. I przez wieczór skopiowałem ten obraz. Wyszedł bardzo ładny. Gdy byłem w siódmej klasie w mojej parafii artyści z Krakowa malowali kościół. Od wiosny do jesieni przesiedziałem z nimi na rusztowaniu. Jeden z artystów, starszy pan, zauważył moją fascynację, godzinami tłumaczył mi co robi. Gdy udało mi się kupić album Kossaka, zacząłem przemalowywać jego obrazy, sceny batalistyczne, konie, pejzaże polskie. Mieszałem farby na zasadzie prób i błędów. Nie było to profesjonalne malowanie, ale ten proces mnie fascynował – ojciec Józef wraca wspomnieniami dla lat dzieciństwa. To doświadczenie przydało się w Nikaragui. – Wybudowaliśmy kilka kaplic i tam była przestrzeń. Trzeba było coś namalować na ścianach. Nie wiedziałem, jak to przygotować. Znajomy ksiądz polecił chłopca w mieszalni farb w mieście, który kochał to, co robił. On wyjaśnił mi technikę, przygotował farby. Zapakowałem je do plecaka. Wsiadłem na konia i pojechałem. Cały tydzień malowałem. Nie miałem, gdzie mieszkać, mieszkańcy przynieśli mi siennik, jedzenie, zrobili rusztowanie i wszystkie dzieci z tej wsi, tak jak ja kiedyś przy artyście z Krakowa, siedziały przy mnie. Były tak zafascynowane, podawały mi wodę, mieszały farby. To było jedno z piękniejszych przeżyć. Namalowałem „Ostatnią Wieczerzę”. Dodałem tekst z Pisma św. z Ewangelii św. Jana. Napisałem po polsku: „Na początku było Słowo, a Słowo było u Boga, a Bogiem było Słowo”. Pojechałem tam po dziesięciu latach. Ten chłopak dał mi tak dobre farby, że to wyglądało jakbym namalował to wczoraj – mówi.

Nie będę bawił się w profesora

Po 8 latach na misjach o. Józef podjął dwuletnie studia na Papieskim Uniwersytecie Gregoriańskim w Rzymie. Studiował duchowość. Kolejny rok spędził tam na nauce języka włoskiego. Z nowym doświadczeniem trafił do stolicy Panamy. A ta uderzyła go widokiem drapaczy chmur, metrem, drogimi jachtami czekającymi na wpłynięcie do Kanału Panamskiego. Tu miał wykładać na uczelni katolickiej, zajmować się kierownictwem duchowym, głosić rekolekcje. – Na spotkaniu Werbistów naszej regii przełożony przedstawił prośbę biskupa, który szukał kapłana do swojej dużej misji na granicy z Kostaryką. To mnie nurtowało. Poszedłem do przełożonego i powiedziałem, że nie będę się w profesora bawił, jak tam ludzie księdza nie mają. I tak trafiłem na archipelag Bocas del Toro na Morzu Karaibskim. Pracę na Isla Colón, stolicy archipelagu, rozpocząłem 19 marca 2013 roku, w dzień św. Józefa, mojego patrona. Musiałem nauczyć się poruszania łódką, co okazało się niemałym zadaniem. To nadwyrężyło mój kręgosłup. Zdarzył mi się wypadek, spadłem z dachu. Połamałem obie ręce, zepsułem kręgosłup. Miałem operację w ubiegłym roku w Polsce. Poskręcali mi ręce. Naprawili kręgosłup. Wróciłem do Panamy, ale organizm nie dał rady. Jestem misjonarzem Ameryki Środkowej, ale przebywam na leczeniu w Polsce. Planuję rozpocząć doktorat w Rzymie – zdradza swoje plany.

Mañana znaczy jutro

Ojciec Józef Gwóźdź przez lata misji doświadczył wiele. Jak podkreśla, to były doświadczenia skrajnie różne: – Od pięknych wrażeń estetyczno-kulturowych, podróżniczych, które mijają, a zaczyna się zwyczajne życie. Wówczas widać, że jesteśmy z innej bajki. I przychodzą wewnętrzne kryzysy, trudności. Nawet w naszym zgromadzeniu. W ostatniej parafii w Panamie miałem wikarych: Wietnamczyka i Indonezyjczyka. To są ludzie, którzy mają zupełnie inną mentalność, sposób widzenia świata, wiary, Kościoła. I trzeba wspólnie pracować. I czasami to nie jest łatwe. Każdy ma inną wizję. Trzeba się nauczyć tolerancji czy elastyczności. I często ich kultura, doświadczenie okazywały się o wiele lesze niż moje. Bo ich kultura jest bliższa Panamie niż nasza, polska. A sami Panamczycy? Zawsze spokojni, na wszystko mają czas: msza o dziewiątej, a kościół pusty. Msza trwa, kościół się napełnia. Kończy się o 10 - świątynia jest pełna. Kolega Polak założył sobie, że nauczy ich punktualności. Nie nauczył. Tam nikt się nie stresuje. „Spokojnie padre” – mówią. – Mañana, co znaczy jutro – żartuje.

Misja Panama

Rok przeznaczony na leczenie to misja – misja Panama. Opowiada o niej, jej kulturze, ludziach. Przygotowuje młodych Polaków na Światowe Dni Młodzieży. – Panama jest bardzo zróżnicowanym krajem, stolica jest bardzo bogata, bardzo dużo ludzi jest wykształconych, poziom życia wysoki. Ale ja pracowałem pośród Indian, poza cywilizacją. Drogę zrobili dopiero 15 lat temu, albo trzeba było samolotem, albo morzem płynąć, albo przedzierać się przez wysokie góry. Społeczeństwo jest zróżnicowane. W mojej parafii było 70 procent Indian, niewielu katolików, reszta to ludność pochodzenia afrykańskiego. Mówią w swoim języku, takim karaibsko-angielskim, mają swoją kulturę afrykańską, są zazwyczaj protestantami. Jeszcze są Chińczycy, którzy są zupełnie odseparowani. Trudno odpowiedzieć na pytanie, jacy są ludzie w Panamie? Bo gdzie nie pojedziesz, to są inni. Jak klimat. W jednym miejscu ciągle pada deszcz, dwadzieścia czy trzydzieści kilometrów dalej jest zimno. Z jednej strony jest Atlantyk i wilgoć, duszno, a z drugiej suchy Pacyfik. Jest taka góra, że rano patrzysz na wschód słońca nad Atlantykiem, a zachód możesz oglądać nad Pacyfikiem – opowiada. Zachęca do sięgnięcia do opowieści o Panamie, którą opisał w swojej książce, a zarazem o wsparcie wyjazdu młodych, niezamożnych ludzi na spotkanie wielu narodowości.

Ewa KŁAK-ZARZECKA

Fot. o. Józef Gwóźdź, zbiory własne

podążał za głosem, trafił na misje, o. józef gwóźdź - komentarze opinie

Dodajesz jako: Zaloguj się

Religia, - więcej informacji